|
|
  |
|
Przygoda
na Rodos
- fragment |
 |
 |
"Drugi dzień Zjazdu
Międzynarodowego Towarzystwa do Badań nad Smokami (International
Association for Dragons Research), obradującego w podtatrzańskim
Smokowcu, rozpoczął się od referatu na temat geograficznego rozmieszczenia
smoków w epoce jurajskiej. Wygłosił go światowej sławy uczony, kawaler
Smoczej Gwiazdy, don Basilio Jose de Cartagena, Hiszpan mieszkający
stale w Las Palmas na wyspie Grań Canaria. Był to mężczyzna w średnim
wieku, o wątłej budowie ciała i falującej, szpakowatej czuprynie.
Trzymając w ręku bambusową trzcinkę, wskazywał nią rozmieszczone
na ścianie wykrętasy, będące wynikiem długoletnich prac badawczych.
Na zjazd zostałem zaproszony jako autor książek o przygodach Smoka
Wawelskiego i jego przyjaciół. Od razu muszę zaznaczyć, że nie jestem
i nigdy nie byłem uczonym smokologiem, lecz pisarzem, mającym szczególną
sympatię dla jedynego w Polsce przedstawiciela smoczego rodu. Rzecz
jasna, że zaproszenie to przyjąłem z ochotą, mając nadzieję, iż
usłyszę wiele ciekawostek związanych ze smokami, które jeśli sądzić
z mnóstwa
bajek i legend cieszyły się niegdyś dużą popularnością. Już w
pierwszym dniu obrad zorientowałem się, że moja dotychczasowa wiedza
na temat smoków była bardzo fragmentaryczna. Rewelacją na przykład
był dla mnie referat profesora Luigiego d'Olivo z Instytutu Historii
Nadnaturalnej w Campomarino na temat smoków w malarstwie ściennym
u Eskimosów, ilustrowany kolorowymi przezroczami. Po wystąpieniu
profesora wywiązała się długa dyskusja, w której zabierali głos
najwybitniejsi przedstawiciele światowej smokologii, stanowiącej
najmłodszą i szybko się rozwijającą gałąź nauki. Wiele nowego wniosło
wystąpienie sekretarza oddziału Towarzystwa w Limie, który zwrócił
uwagę na niezwykłe podobieństwo smoków eskimoskich i peruwiańskich,
co według niego mogłoby świadczyć o licznych związkach między Ameryką
Południową a Grenlandią.
Wybór Smokowca na miejsce odbycia zjazdu nie był oczywiście kwestią
przypadku. Miejscowość o takiej nazwie z góry już była predestynowana
do goszczenia smo-kologów. Jest to piękne uzdrowisko słowackie,
położone u południowych stóp Tatr Wysokich. Skoro jeszcze dodamy,
że w górach tych wznosi się Smoczy Szczyt, a niezbyt daleko od niego
leży Smoczy Staw sprawa będzie zupełnie jasna. "
|
 |
 |
"Z potwornym, wprost ogłuszającym
rykiem wdarła się do salonu gromada marynarzy w pirackich strojach.
Zamigotały uniesione ku górze szable i noże, a jednocześnie rozległ
się huk kilku wystrzałów. W salonie zapachniało prochem, a z trafionego
kulą lustra poleciały odłamki szkła.
Zanim ktokolwiek zdołał ochłonąć, banda rozjuszonych piratów wmieszała
się między uczestników zabawy, j Włochate, pokryte tatuażem ręce poczęły
zrywać z pań] kolie pereł, kolczyki, klipsy, bransolety i broszki.
Pod groźbą pistoletów z odwiedzionymi kurkami panowie musieli oddawać
portfele, zegarki i złote papierośnice Nieśmiałe próby protestu zbywali
napastnicy przekleństwami lub ironicznym śmiechem. W piekielnym zamęcie
cię poprzewracano wszystkie stoliki i krzesła.
Zaskoczeni i przerażeni pasażerowie nie wiedzieli, cal o tym wszystkim
sądzić. Jedni starali się bronić, inni zaśl oddawali swe kosztowności
z uśmiechem na twarzach,! pamiętając o zapowiedzianej przez kapitana
niespodziance. Panna Prescoot sama oddała klejnoty jednemu z piratów,
w którym rozpoznała radiotelegrafistę. Napastnik! wcisnął je do przepaścistej
kieszeni.
Brawo, brawo! krzyczała jakaś leciwa dama. -Czegoś takiego nigdy
w życiu nie przeżyłam! Przecież tol zupełnie podobne do prawdziwego
napadu piratów!" |
 |
 |
"W towarzystwie Zbyszka
i Kornela wszedłem na pokład, aby nacieszyć się rzeźwym powietrzem.
Spotkaliśmy tu bosmana Zęzę, który uniósł rękę na znak powitania.
Dzień dobry panom! zawołał. Jak się spało?
Świetnie odparłem w naszym imieniu.
Trochę kiwa, co? Mamy wiatr z boku.
Kiwa? zdziwiłem się szczerze. Wcale już tego
nie czuję.
To znaczy, że byłby z pana dobry marynarz rzekł
bosman. Ale niektórzy pasażerowie nie czują się najlepiej.
W każdym razie my do nich nie należymy zapewniłem go. Dobry
pomysł miał kapitan z tą wy
cieczką.
Przez moment zdawało mi się, że w głosie Zęzy zabrzmiała ironia.
O tak przyznał, kierując się ku mostkowi.
Nasz stary ma zawsze dobre pomysły. Wkrótce się o tym
przekonacie.
Pozwól mi lornetkę poprosił Zbyszek. Chcę
sobie obejrzeć tę wyspę.
W chwilę później na pokładzie pojawił się Larmoire. już z dala pachnący
dobrą wodą kolońską.
Wracam od kapitana. Wyspa, którą teraz widzimy,
nazywa się Santoryn. Po opłynięciu jej skręcimy na po
łudnie, prosto ku Krecie.
Santoryn! zawołał na to Tranzystorek, odrywając
lornetkę od oczu. Słynny Santoryn, zwany też Thirą,
miejsce straszliwej katastrofy spowodowanej przez wy
buch wulkanu!
Ten sam przyznał profesor. Działo się to trzy
i pół tysiąca lat temu. Był to chyba największy kataklizm
w dziejach świata starożytnego. Cały środek wyspy wyleciał wtedy w
powietrze, a na miejsce lądu wdarło się morze. Wywołane wybuchem trzęsienie
ziemi zostało od
czute prawie na całym obszarze Morza Egejskiego
i oczywiście dotknęło również Kretę. Wtedy też został
zniszczony wspaniały pałac króla Minosa. Zginęła wówczas znaczna część
ludności północnej Krety."
|
 |
 |
"Tymczasem prawdziwie
złota i ciepła jesień ustąpiła miejsca listopadowym mgłom i szarugom.
Pewnego dnia, gdy ulice miasta lśniły od zimnego deszczu, a chodnikami
wędrowały szeregi mokrych parasoli, przeczytałem w jakiejś gazecie
następujące doniesienie:
CZYŻBY NOWA OFIARA TRÓJKĄTA BERMUDZKIEGO?
Jak donoszą liczne agencje prasowe, amerykański okręt patrolowy
napotkał w rejonie Bermudów trójmasztowy żaglowiec ŤGwiazda Barpiwoniiť,
dryfujący bezwolnie po wzburzonych falach. Ponieważ statek nie reagował
na żadne sygnały, kapitan okrętu patrolowego wydał swej załodze
rozkaz udania się na jego pokład. Okazało się, że na żaglowcu nie
ma żywej duszy! Wszystko wskazuje na to, że pasażerowie opuścili
go w ciągu kilku chwil. Nie odkryto śladów jakiejkolwiek walki.
Na stołach w mesie znaleziono ledwo napoczęte jedzenie, a piec w
kuchni był jeszcze ciepły. Najbardziej zdumiewające jest to, że
na statku znajdowały się wszystkie szalupy, a w kajutach kamizelki
ratunkowe. Ostatni, nie dokończony zapis w dzienniku okrętowym brzmi
niezwykle tajemniczo: ŤGodz. 16.07. Dzieje się coś dziwnego. Widać...ť.
Z daty zapisu wynika, że został on dokonany zaledwie na półtorej
godziny przed zauważeniem żaglowca przez załogę statku patrolowego.
Czyżby więc ŤGwiazda Barpiwoniiť była najnowszą ofiarą pełnego tajemnic
TRÓJKĄTA BERMUDZKIEGO?"
|
 |
|
|
|
|
|